Start arrow Historia arrow IGNACY BOBRAS - WSPOMNIENIA (oprac. Wiesław Domagała)

IGNACY BOBRAS - WSPOMNIENIA (oprac. Wiesław Domagała) PDF Drukuj Email
29.07.2012.
Historia Ziemi Przedborskiej to także historia jej mieszkańców. Żyjemy wśród nich, potem za szybko odchodzą, a my powoli zapominamy o nich. Przypomnę tutaj jednego z nich, Pana Ignacego Bobras.

Fot. 1. Ignacy Bobras - zdjęcie wykonane zaraz po wojnie.

  

Opracowanie poniższe powstało, przede wszystkim, ze wspomnień Ignacego spisanych w latach 60 XX wieku i pamiątek jego rodziny.

  

Fot. 2. Fragment wspomnień Ignacego Bobras.

  

BOBRAS Ignacy urodził się 24 stycznia 1908 r. w Nosalewicach. Jego ojcem był Piotr Bobras (1877-1938), a matką Elżbieta (1884-1916) z domu Kowalska z Gaju Policzko. Miał trzy siostry: Zofię (1906-1970), Anielę (1909-1964) i Mariannę (1911-1984) oraz dwóch braci Jana (1904-1979) i Józefa (1913-1974).

Początki swojego życia opisał w swoich wspomnieniach w taki sposób:

Żyliśmy w bardzo złych warunkach. Tak, jak wspominam, pola mało i licha chata. Stara się obaliła. Rodzice w 1910 postawili nową. Stodołę i oborę też nową, ale z lichego drzewa. W 1914 roku wybuchła wojna światowa, jeszcze bardziej się warunki życiowe pogorszyły tak, że można to nazwać wegetacją życiową. Ojciec z matką, jak mogli pracowali, ale to mało pomagało. Wojska się zmieniały - to już carskie, to już niemieckie, to austriackie, i tak w kółko.

W 1916 roku drugiego lutego, matka umiera przy porodzie, ponieważ nie było do odebrania dziecka ani lekarza, ani akuszerki. Zwykła baba wiejska spowodowała krwotok. Matka musiała umrzeć, chociaż ojciec konia chciał zajeździć. Chciał przywieźć lekarza lub dobrą akuszerkę, ale gdzie zajechał - nie zastał. Tak to było w owym czasie.

No i zmuszony był przywieźć śmierć do matki.

Od onego czasu nam się jeszcze gorzej żyło. Tylko, że była siostra ojca, a nasza ciotka Józefa (Młynarczyk), bezdzietna, to nam wiele pomagała. Dzieciarni - jak by nie było - sześcioro. Najstarsze 12 lat, najmłodsze 3 lata. To był dla ojca kłopot nie mały. Obrobić i pole, i inwentarz, i dzieci. Jakby nie było - w owym czasie gdzie na niskim poziomie była uprawa ziemi, a na dodatek nie dość, że wojna wrze na całym świecie, to jeszcze lata mokre. Nieurodzaj, a tu jeszcze rekwizycje na rzecz wojska. Chodzą, szukają za żywnością w każdej dziurze. Nie dość, że w budynkach, to i drutami koło budynków, na każdym wzgórku, na każdym miejscu.

Pamiętam, że były takie okresy, że za kawałek chleba, to nie wiem co bym zrobił. Krowa jedna, i małe cielę się pozostało, i to nam chcieli zabrać. Ale, że cała dzieciarnia uczepiła się tej krowy i w płacz, tak, że tę krowę uratowało. Tę naszą żywicielkę. I rzeczywiście, była to nasza żywicielka. Mleka dawała dużo i to nas ratowało. A takich zajść było kilka. Pamiętam takie okresy, że starsze dzieci robiły koło domu, a młodsze szły na jagody. Tylko, że jagód było dużo. Tak się prędko nazbierało i do domu biegiem. Zalewało się mlekiem i takie było pożywienie. Gruszek w polu też było dużo i rodziły dużo. Drzewa na opał też było dużo, to ulęgałki się suszyło bez przerwy w piecu. Na zimę się składało w beczki. Tak, że znów zimą ratowało się głód. Gruszki na sucho, na wodzie, z mlekiem. I to było dobre. Jakie łachy były do odzienia, to ojciec lub ciotka naprawiali i się chodziło. A z obuwiem - to koło domu na bosaka lub w trepach, które nie zawsze były. A lepszy trochę but to był na święta. Co niedzielę inne dziecko szło do kościoła, bo ojciec tego przestrzegał, żeby kościoła nie opuszczać.

W 1917 roku jeszcze gorzej się robi, bo umiera nasza opiekunka - ciotka Józefa i odpada dodatkowa opieka.

Jego ojciec sam wychowywał dzieci, ciężko pracując, pamiętał także o ich wykształceniu, początkowo Ignacego uczył jego chrzestny, później uczęszczał do miejscowej szkoły. Tak to opisał:

Chociaż, jak wspomniałem - ojciec nie był gramotny - ale mówił nam, że trzeba nauczyć się czytać i pisać. Zmówił się z chłopem światlejszym od siebie (a to był mój chrzestny), żeby uczył nas czytać i pisać. Kupił nam elementarz i tabliczki z rysikami. I zaczęliśmy chodzić się uczyć - to jest brat Janek i ja. A ten elementarz to był z obrazkami. Na przykład: Aa szła baba, Cc z koszyczkiem itd. Ale poznawaliśmy litery i wyrazy.

Nauczycieli w tych latach wojennych nie było. Był głód i panował tyfus brzuszny i tzw. hiszpanka. Bardzo dużo ludzi umierało. Chociaż u nas wszyscy chorowali i to bardzo, to nikt w domu nie umarł. Pamiętam taki okres, że nie miał, kto podać wody do picia, bo wszyscy leżeli. Najdłużej ja i Maryśka my wytrzymali, że jakoś nas się choroba nie imała. Spaliśmy na piecu do pieczenia chleba, bo nie było gdzie. Ale i nas wzięło, Tylko, że już Zośka i Janek zaczęli wstawać, i oni byli na zmianę.

W latach 1919-21 też lepiej nie było, tylko, że my już byli więksi i mocniejsi, to i robota szła lepiej. Wojna trwała, to z żywnością też dobrze nie było. A z nauką to tak samo. Władze oświatowe przysyłały nauczyciela, uczył 3-4 miesiące i już go odwołują do wojska. Najdłużej to był nauczyciel, który nazywał się Mieszczańkowski, syn miejscowego gajowego. A reszta to było kilku, tak, że byli po bardzo krótko. Ja na miejscu skończyłem tylko cztery oddziały. Miałem ochotę się uczyć, ale do miasta chodzić nie mogłem. Raz, że nie miałem, w czym, a po drugie nie było, za co kupić książek ani zeszytów. A w dodatku ojciec bardzo chorował, to w domu trzeba było robić.

Tak, więc ze szkołą, dla nas wszystkich z domu, wyszło bardzo źle. Ja, co miałem największą chęć, to najwięcej zdobyłem.

  

Fot. 3. Świadectwo Szkolne Ignacego Bobras za I półrocze klasy IV w roku 1923.

  

Warto zwrócić uwagę na ocenianie uczniów w tych latach. Ocena składała się z trzech części:
• Sprawowanie się - oceny: chwalebne, zadawalające, odpowiednie, nieodpowiednie i naganne.
• Pilność - oceny: wytrwała, dobra, dostateczna, niedostateczna.
• Postęp w naukach - oceny: bardzo dobry, dobry, dostateczny, mierny i niedostateczny.

Ignacy,  już od najmłodszych lat, ciężko pracował:

W domu, w takich warunkach, w jakich żyliśmy, trzeba było od najmłodszych lat ciężko pracować. Byłem słaby, nieodżywiony i na dodatek gnębiła mnie często choroba, która nie wiem do dziś jak się zwała. Trzymała mnie do dwudziestego roku. A ta choroba polegała na tym, że jak było bardzo bystre słońce lub jak mnie obleciał dym (a przeważnie z łodyg ziemniaków), bolały mnie gałki oczu. Wtedy musiałem się kłaść, czy to na polu, czy na łóżku i przespać się ze dwie godziny. I po chorobie. Tylko osłabiony byłem. Ale to nie często. Raz na tydzień lub dwa razy, albo raz na dwa tygodnie lub raz na miesiąc. I jeszcze taki szczegół. Nie mogłem jeść żadnych klusek pszennych, a szczególnie zacierek z mlekiem. Jak zjadłem, to zaraz oddałem.

Od siedemnastego roku zacząłem pracować - zimą w lesie, a latem na budowach. Tak się robiło na dziko, aby tylko zarobić parę złotych. Chciałem, żeby ojciec oddał mnie do jakiegoś rzemieślnika, ale raz, że w domu nie miał kto robić, a po drugie, to ojciec nie miał pieniędzy na naukę. Najgorsze to, że w domu nie miał kto robić, bo brat Janek pojechał na roboty do Niemiec, a ja, jako znów najstarszy nie mogłem zostawić młodsze rodzeństwo na łasce losu i ojca chorego. Tak, że co w domu się obrobiło, to się wynajmowałem do różnych robót.

Tak jak wspomniałem, zimą w lesie i w domu wszelkie roboty. A w lesie też była bardzo ciężka robota, przy wyrębie lasu. A ubezpieczonym się nie było. Ta praca w lesie wyglądała tak: po robotach w polu jesienią, brało się działkę lasu we dwóch. Sosny były duże, to się zżynało, obcinało gałęzie, korowało sosny z kory, a chojnę tj. chrust trzeba było wyciągnąć cna linie lasu - poza zrąb i wynosić drzewo opałowe i gałęzie. Z tego ustawiało się sągi tzw. metry opalowe. Bardzo chorowałem na zapalenie płuc, tak, że mało mi się należało - bez doktora, bez opieki lekarskiej.

To była bardzo ciężka robota. Szło się o lasu od świtu do nocy. A jak przyszedłem do domu, trzeba było zrobić obrządek. Koło konia, dwoje bydła, dwie świnie, urżnąć sieczki ręcznie i tak, co dzień. A wiosna, latem, to się robiło na różnych budowach, jako cieśla. Chodziło się na piechotę do miasta, co dzień 4 km., albo na wieś. Pracowało się za marne pieniądze - 3-4 zł dziennie. Za te pieniądze trzeba było zanieść do domu cukru, soli i różne potrzebne rzeczy. Z gospodarstwa nie było żadnego dochodu i nie było, za co coś kupić.

W 1931 roku, w marcu, został powołany do wojska, do Skierniewic. Tam był 6 miesięcy. Po sześciu miesiącach skierowany został na granicę sowiecką, do Budsławy. Na granicy był 18 miesięcy - 6 miesięcy I Kompania Olkowiecze, a 12 miesięcy na Skorodzie na strażnicy nad rzeką Wiliją.

  


  


  

Fot. 4. Przykładowe strony książeczki wojskowej Ignacego Bobras.

  

Tutaj dokształca się, kończy siedmioklasową szkołę podstawową. Układa także plany na przyszłość:

Tam na granicy, jak miałem czas, to rozmyślałem sobie, aby po wyjściu z wojska założyć jakiś handel. I listownie brata Józka i siostrę Maryśkę urobiłem, żeby przygotowali się do tego handlu. Miał taki sklepik jeden z Nosalewic - nazwiskiem Juszczyk - ale miał słabą głowę do handlu. Mieliśmy to od niego przejąć.

Po wysłużeniu wojska wraca do ojca i pracuje w gospodarstwie, ima się różnych prac dorywczych, najczęściej są to roboty ciesielsko stolarskie, podobnie jak przed wojskiem. Zajmuje się też handlem, sprzedaje różne towary przywożone z Przedborza.

Zacząłem znów pracować jak przed wojskiem, tylko samodzielnie: tak w lesie, jak i w polu. W lesie dobrałem sobie kolegów - Kwiatkowskiego Stefana i Zganiacza Józefa. Oni byli siekiernikami, a ja toporem, czesaliśmy slipry do kolei. To jest praca bardzo ciężka. Pracując od świtu do nocy, we trzech zarabialiśmy do piętnastu złotych. Ale przyszedłem do przekonania, że we dwóch nam lepiej wyjdzie i tak zrobiłem. Pracowałem tylko z jednym Zganiaczem i wychodziło nam do trzynastu złotych dziennie. Siekiernikowi należało się zawsze 1/3, to było dla mnie więcej pieniędzy, ale musiałem się więcej narobić. Ale stale już myślałem o handlu, tak że uskładałem sobie parę złotych.

  

Fot. 5. Zaświadczenie wydane Ignacemu Bobras przez Zarząd Gminy w Przedborzu o jego pracy w latach 1927-1936.

  

Po śmierci ojca 1936 r. zaczyna handel w Przedborzu, sprzedaje naczynia kuchenne, szkło galanteryjne i szkło okienne. Wspólnie z bratem zaczynają wyrabiać już drobne artykuły blacharskie: pralki, tarki, sitka, brytfanny, obrazy, itp. Szybko następuje rozwój. Tak o tym napisał:

Wreszcie zdecydowałem się na handel. Była taka większa komora. Z tego zacząłem na coś w rodzaju sklepiku przerabiać. Był Nowy Rok 1936. Zrobiłem półki, kontuar i dbałem o dostarczenie towaru. Przywoziłem na rowerze z miasta drobne towary, a grubsze wozem. Maryśka towar sprzedawała. Ja nadal robiłem te półki i dbałem o dostarczenie towaru. Siostra pomagała w handlu i obrabiała inwentarz. Ojciec od Nowego Roku położył się do łóżka, to pracy było jeszcze więcej. Ale w pracy nie przestaję, tym bardziej że widzę, że cos z tego handlu będzie. Chociaż są to grosze, ale te grosze płyną. Klientów coraz więcej. Chociaż zacząłem handel na pożyczanej wadze, to już kupiłem wagę nową. Tak, że idzie dobrze.

Zaczynamy myśleć o handlu w mieście, a zarazem sprowadzamy towar nie z Przedborza a z Radomska. Sprowadziliśmy szkło okienne, które zaczynamy propagować po wsiach. Zarazem uczymy się szklić i kroić szkło.

Początki są tępe, bo nie wiemy jak i co się robi. Ale wiedzę i wprawę zdobywamy tak, że interes się powiększa. Tak prowadzimy ten interes w Nosalewicach do sierpnia. Dostajemy trochę pieniędzy spłaty z Francji od brata.

Wynajmujemy lokal w Przedborzu, a że ciasny, to tym się nie zrażamy. Zaczynamy handel: naczynia kuchenne, szkło galanteryjne i szkło okienne. Zaczyna postępować wielka konkurencja z Żydami. Cały handel był w rękach żydowskich.

Tak się męczymy - ja w Przedborzu, Maryśka w Nosalewicach, a Józek między nami. Józek ma gospodarstwo i pomaga mnie i Maryśce.

To lokum w Przedborzu jest ciasne - 2 m. na 3 i pół, przebite deskami. Za tymi deskami jest żydowska jatka z mięsem. Podsłuchują nas, dużo nam robią na złość, ale tym się nie zrażamy. Jak wspomniałem, ja sprzedaję i towar sprowadzam, a ciężko idzie, bo na tym towarze się nie znamy. Ale jakoś idzie. W czerwcu zgłasza się pewien Żyd, że chce sprzedać towar ze sklepu. Do obejrzenia tego towaru, wzywam Józka i Kieruzela Ignacego, późniejszego naszego szwagra, i kupujemy ten towar na spłaty. Na tym towarze dobrze zarobiliśmy.

 Jesienią tegoż roku po sąsiedzku zwija handel niejaki Margas Jan. Od niego biorę ten lokal i przenosimy się do nowego. Tam już idzie inaczej. Sklep przestronny i dodatkowy większy lokal na magazyn i kuchnię. Zaczynamy interes szerzej, bo widzę, że nie ma strat tylko zysk. Konkurencja trwa z Żydami. Zaczynamy wyrabiać już drobne artykuły blacharskie: a to pralki - tarki, sitka, brytwanny, obrazy, obrazki i jeszcze co się da. Że sklep w Nosalewicach już dobrze prosperuje, oddajemy go Maryśce. Żeni się z nią Kieruzal Ignacy. Pole oddajemy Zośce. Tylko to źle zrobiłem, że jej oddałem bez umowy. Gaj Stach tj. szwagier umiera w 1938 roku. Zośka mieszka u Gajów, a tu się gospodarzy. My z Józkiem prowadzimy handel coraz szerzej, przywożę towar z hurtowni z Radomska, z Częstochowy, z Piotrkowa, a pocztą z Warszawy, jak np. haczyki, żyłki, wędziska na ryby. Z Poznania okucia meblowe, z Częstochowy lustra, obrazki różnych świętych i widokowe, ramy do obrazków i obrazów. Wyrabiamy coraz więcej - sami - obrazów różnych wielkości, szklimy coraz więcej okien. Wyrabiamy coraz więcej artykułów blaszanych. Już nas bez przerwy robi przy tych pracach czworo ludzi. Jest już łatwiej ze sprowadzeniem towaru. Kupcy zaczynają już sami przywozić różne towary. Przywożą garnki kamienne, słoje różnych rodzajów i rozmiarów, flakony, szklane kieliszki, patery itp. Rzec można, że idzie dobrze.

  

Fot. 6. Sklep Ignacego Bobras na ulicy Warszawskiej, zdjęcie zrobione w lipcu 1939 r. przed sklepem stoją (od prawej): Józef Grabalski i brat Ignacego - Józef.

  

Przychodzi rok 1939. Handel idzie dobrze tylko, że echa polityczne coraz rozprzestrzeniają się. Nas to nie zraża, robimy coraz więcej i idzie coraz lepiej.

Ignacy ożenił się w sierpniu 1939 r. ze Stanisławą Smok (1921-2000), zaraz wybucha wojna, tak opisał pierwsze dni wojny:

Na początku września 1939 roku już są Niemcy w Przedborzu. A przed 1-wszym września agenci rzucają hasła i różne strachy do ucieczki na wschód ludności cywilnej - przed Niemcami. I tak się zaczęło. Pełne są drogi uciekinierów od zachodu. Prowadzą krowy, owce, co się da na wózkach wiozą. Nie ma mowy, żeby to powstrzymać. Władze robią co mogą ?- jest powołana policja rezerwowa, jest powołana milicja obywatelska do porządku, ale też to nic nie daje. Strach jest już paniczny. Kopią rowy przeciwlotnicze - ma się rozumieć ludność cywilna - pod kierunkiem różnych komitetów. Okna ludność uszczelnia przeciw gazom. Kleją szyby różnymi paskami - różnie. Okna jest rozkaz zaciemniać, ale to wszystko robi coraz większy chaos.

Dopiero robi koniec tym przygotowaniom wejście trzech czołgów do Przedborza i objęcie mostu. To się działo w piątek przed wieczorem. Z czołgu, który przeszedł most na prawą stronę - otworzył ogień do całego tego zbiegowiska, to jest tych uciekinierów. Od tych strzałów byli i zabici i ranni. I kilka koni zabitych. W kilka minut wszystkie ulice opustoszały. I pomyśleć, że nikt nie wiedział - czy to Niemcy, czy to są dywersanci niemieccy. Bo i takie były wersje. Wojska żadnego w mieście nie było, tylko jak wspomniałem - policja i milicja obyw. Ale to wszystko prędko uciekło z miasta w stronę lasu.

Żonę z kilkoma Żydami i Żydówkami umieściłem pod ścianą bezpieczną od pocisków, zamknąłem sklep i poszedłem na zwiad. Ostrożnie wyglądam zza węgła - tak jest - wychodzi z czołgu jeden Niemiec, drugi, ale już nie ma nikogo na ulicy. Wracam do mieszkania, Żydów wypuszczam, zabieram drobiazgi do koszyka i zamykam mieszkanie. Żonę podwórkami, między wapiennikami wyprowadzam na drogę do Tarasu. Jedzie furmanka, żonę zabiera, a ja wracam do miasta. Czołgi stały na tym samym miejscu, tylko reflektorem oświetlały przedpole.

Na drugi dzień zaczynam znów zwiad Przedborza. Wojska jeszcze nie ma - ani polskiego, ani niemieckiego. W niedzielę nasza policja spaliła most na Pilicy. Już parę plutonów wojska zjawiło się od wschodu. Wziąłem klucz od Kalinowskiego, aby mu wyprowadzić konia z budynków Konopackiego. Woda była bardzo płytka. Jak tego konia wyprowadziłem, zaprzęgnąłem, to pomyślałem, że trzeba zabrać ze 3 metry mąki. Akurat nadszedł Żyd, to pomógł mi włożyć tę mąkę na wóz i jazda przez rzekę.

Zajechałem przed swój sklep i zamiast włożyć na wóz najdroższe rzeczy, to ja włożyłem garnki używane, żeby ludzie mieli w czym gotować jedzenie. A dobry towar się został, bo mówię, że to nie ucieknie. A już połowa Przedborza była wypalona. Jak tę mąkę zawiozłem na Taras, to Kalinowski zaraz zaczął handel bułkami a ja głodny.

Wracam do Przedborza i spotykam się z wojskiem polskim. Robimy różne zwiady i wywiady i ustaliliśmy, żeby chodzić na wschód i się mobilizować. Wychodzimy pod Fałków, a tam pełno Niemców idzie. Mówimy więc - po co iść dalej, jak Niemcy już w Końskich. Wracamy więc. Przychodzimy na Taras, a tam mówią mi, że cały Przedbórz obrabowany. Żona jest z moją siostrą w Przedborzu. Ja też maszeruję na Przedbórz.

Zanim doszedłem do sklepu zostałem kilka razy zatrzymany przez Niemców i zapędzony do roboty, ale dało się urwać. Doszedłem do sklepu, a tu już nie sklep, nie mieszkanie, tylko wielki śmietnik. Drzwi bez zamków, okien nie ma, wszystko zmieszane, rozgrabione. Żona płacze. Mówię żonie, że trudno, bierzemy się za porządek. Zostało się trochę bubli i z tych śmieci wybraliśmy koszyk półmetrowy różnych drobiazgów. Zaraz przystąpiłem do naprawy zamków i szklenia okien. Jak zobaczyli Niemcy, że ja szklę, to i Niemcom musiałem szklić. Ale płacili. Tak się zaczęło znów od nowa, od nowa praca. Pieniędzy nie ma, towaru nie ma. Trochę zostało szkła okiennego, to szkliło się okna. Te drobiazgi sklepowe zaczęło się sprzedawać, bo trzeba żyć... 

...Niemcy na razie nic nam nie szkodzili, wrogów nie mieliśmy, to i nie mieliśmy przeszkód. Żydzi byli spędzeni do getta, handlować im nie było wolno. Tym bardziej mieliśmy więcej roboty, nie było wytchnienia.

  

Fot. 7. Zaświadczenie wydane Ignacemu Bobras 07.09.1940 r. przez Zarząd Miejski w Przedborzu o prowadzeniu handlu.

  

Na początku stycznia 1940 r. wstępuje do Z.W.Z. Przysięgę składa w obecności Barana Rocha (ps. „Kula”) i Grabalskiego Józefa (ps. „Konar”). Przyjmuje pseudonim „Piec”. Jego zadaniem było werbowanie „dobrych polaków” do walki z okupantem o wyzwolenie Polski. Tak opisał początek okupacji: 

Zaczęła się konspiracja przeciw Niemcom, żeby walczyć. Ja i Józek przystąpiliśmy do tej konspiracji, pod nazwą Z.W.Z. Ja występowałem pod nr jedenaście, pseudonim PIEC. Przybyło więc pracy - handel i konspiracja. Zaczęliśmy zbierać broń, amunicję, jaka podeszła. Nie gardziliśmy żadną bronią. Dorabiało się różne części do starych typów karabinów. W tym najwięcej był pomocny Kaczkowski. Miał warsztat ślusarski - to ułatwiało pracę. U nas w sklepie, że handel szedł, to nie było podejrzeń ?o różne odprawy. Tak my zostali tak konspiracją zaabsorbowani, że zaczęliśmy zaniedbywać handel. Ale mówiło się, aby walka z Niemcami, to po zwycięstwie będzie lepiej.

Żydów wywieźli Niemcy w październiku. Zagnali ich i zaprowadzili do Gorzkowic, do pociągu, a pociągiem do Treblinki.

Aresztowania, wywożenia też się odbywały bez przerwy, ale się na to nie zważało. Żona też do różnych prac była używana, np. do przenoszenia różnych materiałów. Nawet nie wiedziała co niesie, ale szła.

Jak my już mieli trochę broni, zaczęliśmy robić wypady z tą lichą bronią i zdobywać lepszą. Nie tylko trzeba było handlować, chodzić na różne odprawy, ale i walczyć z mętami i gadzinami. Trzeba było zbierać wszelkie wiadomości. Nastąpiła potem reorganizacja Z.W.Z. na AK, nastąpił większy angaż, podział na oddziały. Broń, jaką posiadaliśmy, w lesie koło Smoka, zakopaną w dużej beczce - trzeba było stale konserwować. Dwóch nas tylko o tej beczce wiedziało, w którym miejscu jest zachowana - ja i szwagier Władek.

Zanim zostały utworzone oddziały, to wyznaczałem na akcję chłopaków odważnych, bojowych. Dostawali rozkaz ci chłopcy, że mają się stawić za Masłowicami, czy koło Sokolej Góry i w pojedynkę maszerowali na oznaczoną godzinę. Broń wydawałem na wóz ze słomą lub z nawozem lub perzem - bronę, pług na wierzch i jazda przez Pilicę, polnymi drogami - na oznaczone miejsce zbiórki. Po akcji, po odskoku od miejsca akcji, co wynosiło ok. 30 km, chłopcy przynosili broń np. do Łączkowic, czy do Korytna i znów na furmankę. Na miejscu bazy broń czyścić i zachować. I tak co tydzień lub dwa razy w tygodniu. A grypsy płynęły bez przerwy. Całkowitym gońcem był Józek - on bez przerwy jeździł.

Tak, że handel został zaniedbany! W końcu trzeba się było kryć przed Niemcami. Niemcy sklep kazali zamknąć. Mieszkanie żona opuściła. Poszła do ojców na Taras. A ja byłem w tym wszystkim tak zajęty, że zwracałem się kilka razy do przełożonych, aby przydzielili mnie do lasu, do oddziału bojowego. Choć z oddziałami tymi bez przerwy miałem łączność. A oni mówią, że w terenie jestem potrzebniejszy niż w oddziale. Bez przerwy byłem narażony na wsypę. Nie było dnia, żebym coś przy sobie nie miał lub nie miał cos trefnego. Ale cóż, trzeba było słuchać przełożonych. Ile to razy przechodziło się przez rzekę. Latem lub zimą to nic. Ale jesienią, wiosną to było najgorzej. Niemcy zabrali wszystkie łódki, trzeba było przechodzić w lodowatej wodzie, jak lód płynął (jak w gardle ćwiartka spirytusu), ale nie było wyboru. Spanie pod świerkami, na strychu i to zimą, a mróz jak diabli i najgorzej rozebrać się i ubrać. Kilka razy Niemcy strzelali, ale jakoś nie trafili, udało się ujść śmierci.

  


  

Fot. 8. Zaświadczenia wydane Ignacemu Bobras przez Zarząd Miejski w Przedborzu o prowadzeniu i likwidacji sklepu w roku 1943.

  

Ignacy Bobras bierze udział w wielu akcjach przeciwko okupantowi. Cytaty poniższe pochodzą z książki Bogumiła Kacperskiego i Jana Zbigniewa Wroniszewskiego: „Końskie i powiat konecki 1939 - 1945” z części V „Konspiracja konecka 1939 - 1945”. Struktury terenowe: podobwody i placówki.
  

...Ppor. rez. Jan Kaleta „Postrach” podaje w swojej relacji szkielety dwóch plutonów placówki Przedbórz:
Pluton nr 61 - „Wydra”. Stan - 72 ludzi.

Dowódcy plutonu:
1. „Mars” - Marian Margas
2. „Komar” - Józef Nowak - pchor.

Dowódcy drużyn:
1. „Jug” - Włodzimierz Jakubowski - plutonowy
2. „Siodło - Kazimierz Jezierski - kapral
3. „Piec” Ignacy Bobras - st. strzelec...
(strona 194).
  

...Do najbardziej znanych wyczynów „Robotnika” należą:
• Udany zamach (25 V 1943, w dzień targowy) na szefa gestapo w Radomsku i jego zastępcę (wykonali: „Robotnik” i „Staw” – Zygmunt Czerwiński).
• Udział w odbiciu (7/8 VIII 1943). z więzienia w Radomsku około 200 ludzi, głównie z Rzejowic i Granic przygotowanych do wywiezienia do obozów koncentracyjnych lub skazanych na śmierć. Całością dowodził „Andrzej”. Udział w akcji brali żołnierze z Przedborza: „Robotnik”, „Konar”, „Piec”, „Wawel”, „Siodło”, Trębacz” i inni...
(strona 195 i 196).
  

...W listopadzie 1943 r. zrywano linię telefoniczną na części odcinka Przedbórz – Końskie. Grupą w której m.in. uczestniczyli „Konar” i „Piec”, dowodził „Komar”... (strona 196).
  

...W Urzędzie Miejskim i Gminnym w Przedborzu zniszczono listy dostaw zboża, mięsa, mleka. Akcją, w której udział wzięli: „Piec”, „Siodło” i „Czajka” oraz Nowakowski (stolarz) i Zenon Gładyszewski „Trębacz” dowodził „Konar”)... (strona 196).

  

Ignacy, za działalność w Armii Krajowej odznaczony został:
1. Krzyżem Partyzanckim, 01. IX. 1946 r. - Warszawa.
2. Medalem Zwycięstwa i Wolności, 29. VIII. 1968 r. - Warszawa.
3. Krzyżem Armii Krajowej, 28. X. 1973 r. - Londyn - pośmiertnie.

  

Fot. 9. Zaświadczenie o nadaniu Krzyż Partyzanckiego.

  

W swoich wspomnieniach tak z goryczą napisał o tym odznaczeniu:

I przyznaję się bez bicia, że ten Krzyż Partyzancki co mi władza ludowa dała, to ani razu publicznie nikt mnie z nim nie widział. Myślę sobie - komu ja się będę pokazywał i chwalił. Dla mnie nie ma Polski, nie ma ojczyzny. I to się mówi wolność równość a jestem szykanowany.

  

Fot. 10. Legitymacja o odznaczeniu Medalem Zwycięstwa i Wolności.

  

Fot. 11. Awers i rewers Legitymacji Krzyża Armii Krajowej.

  

Krzyż Armii Krajowej został nadany Ignacemu Bobras pośmiertnie, rodzina z żalem wspomina, że w otrzymane pudełko z odznaczeniem było puste.

Ignacy tak opisał wyzwolenie Przedborza:

Jest dzień 17 stycznia 1945 roku. Byłem w tym czasie na gajówce na Tarasie. O świtaniu, nad Przedborzem ukazał się wielki błysk i były duże wybuchy. W pierwszym słyszeniu nie wiedzieliśmy co to może być. A tu jak się w niedługim czasie okazało, to były wybuchy z katiuszy. Wybuchy wysadzanych mostków na rowach przeciwczołgowych. Tych mostków było kilka: dwa koło Lembkiego, dwa na ul. Kieleckiej i dwa na ul. Włoszczowskiej. Te mostki wysadzili minami Niemcy, bo w tym dniu nadeszła Armia Radziecka. Całkiem niespodziewanie - po sforsowaniu Wisły k/Sandomierza. Armia Radziecka szła jak lawina. Strzelanina wytworzyła się koło Przedborza, od strony Włoszczowy. Niemcy też się ostrzeliwali, ale to było sporadyczne strzelanie. Raz, że w przygotowanych okopach było mało Niemców, ale też byli całkowicie zaskoczeni. Wiele też się nie bronili, tylko rejterowali za Pilicę, na zachód.
Główny most na Pilicy też Niemcy zdążyli wysadzić w powietrze. W godzinach popołudniowych już Ruscy maszerowali przez Taras. Widząc co jest, wybrałem się z Tarasu na Budy Nosalewickie, do żony. Żona mieszkała wtedy u Cygana, z Irką i Andrzejem. Obawiałem się, że coś może się stać z żoną. W drodze z Tarasu na Budy pierwszy raz spotkałem się z maszerującym oddziałem. Na pierwsze powitanie ledwo się wymigałem, bo już mnie chcieli strzelać, jako szpiega niemieckiego. Ale jakoś uszło. Ubranie miałem niewyśmienite, bo nie było w co się ubrać.

Żona w nocy też nie miała dużego spokoju od Armii Czerwonej. A że było więcej ludzi z Przedborza, a w ową noc nocowali też tam Jeżewscy i udało się żonie. Dali jej spokój. Żona przecież była młoda, miała 24 lata, a oni byli łakomi na kobiety. Dodatkowo obłożyła się Irką i Andrzejem i tak uszło. Ci co w nocy przyszli, oddalili się na zachód i już na razie był spokój.

Pierwsze moje wrażenie było zaskakujące, bo nie spodziewałem się po nich takiego obejścia i nieporządku jaki po sobie zostawili. Wszystko to szło od Włoszczowy, wszystkimi dającymi się przejechać drogami. Nie jechali jeszcze od Końskich, ponieważ za Końskimi, koło Opoczna została okrążona armia niemiecka, tak że ją stopniowo wykończali.

Gdy pierwsze zwarte sowiety przeszli, zacząłem zaglądać do Przedborza. Mówię sobie, już co swoje zrobiłem - trzeba się brać do pracy. Co młodszych zaczęto werbować do milicji, do wojska, a reszta - trzeba się brać samorzutnie do pracy. Zniszczone było dużo budynków, chociaż nad Przedborzem nie było działań wojennych. Ale ruscy nie zważali z ogniem, byli zżyci z ogniem. Gdzie się dało, to zostawiali popioły. Nawet nie miał  kto ratować. Dużo dobrych domów było wypalone, chociaż ich dużo nie było. W 1939 roku zostało bardzo dużo spalone przez Niemców. Tak, że za Niemców i obecnie - 55% zostało wypalone - przez obie armie. W urzędach, sklepach - nic nie oszczędzone, zmieszane dokumenty. W mieszkaniach zniszczone meble, pościel, ubranie. Nie spodziewałem się, że oni są tacy głodni i łakomi. A co z kulturą, to pożal się Boże! Najwięcej to ich interesował bimber i kobiety. Co przeszli, to zostawało jakby przeszedł cyklon. Jeszcze wspomnę, co do higieny i porządku. Od nich nie było można nic wymagać. Gdzie spał, to za swoja potrzebą nie szedł daleko - na progu, w kuchni, w pościel. No, wszyscy tacy nie byli. Byli też kulturalni, ale oni nic nie mogli. Po cichu mówili, że nie chcą się narażać, bo to wojna. A te dzikusy to mało sobie robili ze swoich przełożonych.

Pierwsze oddziały bojowe, to miały wszystko pod dostatkiem: broń wszelkiego rodzaju, dobre wyżywienie, ubranie jak się patrzy. Dostawali spirytus i szli naprzód. Te dalsze oddziały szły coraz gorsze i głodniejsze. W żadnych środkach nie przebierały. Trzeba było trzymać się na uboczu, żeby z nimi mieć jak najmniej styczności.

Gdzie się człowiek ruszył, to spotykał zabitego Niemca. Obrabowanego do naga. Niemców nie było wolno grzebać, tak nago leżeli ponad miesiąc. Prawdę powiedziawszy, to Niemcy zasłużyli na to, choć nie wszyscy. Cóż, wojna i to taka, że najwięcej ginęło niewinnych. Moim zdaniem, dobre to nie było, niedobry miało wpływ moralny.

Broni, amunicji, różnych środków wybuchowych - walało się w bród. Nie miał kto roztoczyć dostatecznej opieki. Żadnych zarządzeń. Dzieci a nawet nierozsądni dorośli strzelali. A wieczorem, strzelanie było, jakby to był front. I śmierć zbierała swoje żniwo, i kalek co niemiara.

Osobiście nie rwałem się do niczego, do żadnych urzędów. Patrząc na te wszystkie porządki, jak się garną różne typy wszędzie, to mówię sobie, że ja tak nie umiem mychlować, ani kombinować. Zwracałem się kilka razy do tych władz, co jeszcze sprawowali (a władza była jeszcze wojskowa) ale ci co mieli dostęp do komendy wojskowej mówili, że co mnie to obchodzi, że takie lub owakie porządki.
W końcu stycznia (1945 r.) dostałem od swoich władz konspiracyjnych pismo, że jestem zwolniony z przysięgi, że konspiracja rozwiązana, że już przed władzami AK nie obowiązuje mnie posłuszeństwo.

Ignacy postanawia ujawnić swoją działalność w AK.

  


  

Fot. 12. Zaświadczenie Komisji Likwidacyjnej b. A. K.

    

Ucieszyłem się bardzo! Chwała Bogu, dość tej włóczęgi i tej poniewierki. Jak będę mógł, będę robił, aby ja, żona i dzieci coś z tej wolnej Polski miały. Chociaż walka z Niemcami trwała, wojna była w pełni, ale nie wszyscy muszą być na froncie. 

Na początek musze przecież gdzieś mieszkać. To mieszkanie, gdzie dawniej mieszkałem zajął kto inny, oddać nie chciał. Brat Józek zajął mieszkanie przy ul. Mostowej – trochę niby sklep, niby mieszkanie, no to wzięliśmy się z bratem. Ale brata stamtąd wygryźli. Burmistrzem był wtedy Kozakiewicz, jeszcze przedwojenny, ale on był tylko jako szyld. Zastępcą został Pietruszka - taki sobie matołek. Rzekomo ogrodnik, ale służący u Niemca Rajcha - no i on rządził. Miał podobnych do siebie doradców. I tak, zwracam się do tego Pietruszki - panie burmistrzu, pomóż mi pan otrzymać mieszkanie. A on odpowiada, ha! Wyście byli w AK, wyście nie komunista, dla was mieszkania nie ma. I nie da sobie gadać. Cóż miałem robić, już mam wolną Polskę, za którą się tyle nacierpiałem. Trzeba się jakoś nie dać, trzeba cos robić. Może się to wyjaśni, że nie jestem wrogiem, że ja tyle lat pracowałem w konspiracji i nic mi się nie zostało, co lepsze ludzie rozebrali. Może się nie dam! Na własną rękę, po wielkich trudach - odkupiłem to co dawniej zajmowałem. Zaczęła się nowa praca.

To mieszkanie było doprowadzone do ruiny. Trzeba było naprawiać, remontować, a ponieważ pieniędzy nie miałem, to trzeba było robić wszystko samemu. Umiałem sam zrobić, to jakoś pomału szło z tą? reparacją. Reparacją dachu, zamków, szkleniem, robieniem półek do sklepu, itd. Po pracy jeździłem, czy to chodziłem na Budy, bo była tam żona z dziećmi. Dopiero po skończeniu tych remontów – żonę z dziećmi przywiozłem do Przedborza.

Towaru z okupacji trochę się zostało. Co było na wsi pochowane - przywieźliśmy i podzieliliśmy na trzy części: ja, żona i Józek. Tego towaru było mało, to i bardzo mało się sprzedawało. Trzeba było rękami robić, żeby zarobić.

Ale znowu mój pech! Słabiutko wszystko się rozwija, gdy dostaje nakaz płatniczy na dziesięć tysięcy złotych - wzbogacenia wojennego! Masz tobie - już nas ukoronowali!

Składam wnioski, zażalenia, przedstawiam świadków. Jak ja się wzbogaciłem? Jadę do Łodzi, do ministerstwa, do danego resortu, ale to nic nie pomaga. Oni nic nie wiedzą, że to czynniki miejscowe itd. Trzeba płacić! Tak więc, sekwestratorzy wyciągali wszystko. Razem z podaniami różnymi - kosztowało to nas więcej niż piętnaście tysięcy zł. Wyjaśniło się po latach, że był donos do urzędu skarbowego, że ja zabrałem poniemieckiego towaru pełny samochód. To był inny Bobras, a mnie było płacić...

I znów bieda, bo to była kupa pieniędzy.

  


  

Fot. 13. Pismo Ignacego Bobras o odwołanie nałożonej kary wzbogacenia wojennego i odpowiedź Komisji Odwoławczej.

  

Jeszcze to nie przebrzmiało, a wymyślili Pożyczkę Narodową. Znów wpakowali nam dwanaście tysięcy złotych. W tym czasie za sumę tę można było kupić? 260 sztuk ocynowanych wiader. To była suma dla nas bardzo duża. Innej pracy nie było, trzeba było pracę samemu wymyślać.

Nowa władza umacniała się, ale zaczęli działać inni konspiratorzy, zaczęły się aresztowania. Choć ja nic wspólnego z nową konspiracją nie miałem i mieć nie chciałem, ale ludzie straszyli. Że kto tylko był w AK, to pozbierają ich. Bałem się, słabo pracowałem, bo częściowo się ukrywałem (bezcelowo), i tym strachem stale żyłem. Byłem na Zachodzie - ale jaki tam był porządek... Jeden drugiego okradał- to mi się odechciało. Na Zachód, w tym czasie, wyjeżdżał ten co musiał, albo złodzieje. A tych było najwięcej.

Żona sama nie mogła sobie dać rady. Wszystko szło słabo. Przyjechałem więc i wziąłem się do pracy. Tym razem robił ze mną Janek Smok i Kazik Smok. Cieszyliśmy się, że może jakoś wybrniemy. A robiliśmy od świtu do nocy. Jeszcze towaru było można dostać. Jeszcze hurtownie miały wszelki wybór towarów. Przywoziłem blachę ocynkowaną i robiliśmy brytwanny, rury, kolanka, duchówki, kolanka, ramy do kuchni z blachy żelaznej i inne różne wyroby. Obrazy, obrazki się oprawiało. Ponieważ było dużo roboty i zapotrzebowanie rosło, to oprawę obrazów i szklenie powierzyłem bratu Józkowi. A my robiliśmy tylko wyroby blaszane. Przywoziłem towary lub brałem od Poborskiego blachę, rysowałem, ciąłem, a Janek i Kazik składali. Robota była dobrze rozłożona. Żona zajmowała się sklepem i dziećmi.

Mieszkaliśmy u Kularskich na górze. Mieszkanie było dobre. A tam, gdzie mieszkaliśmy dawniej, zrobiłem podręczny magazyn i warsztat. Byłem zdrowy, w pełni sił, to się robiło i widziało się ten zarobek. Może się jakoś do czegoś dojdzie... Chciało się robić. Ja sam mogłem dziennie zrobić 50 sztuk brytwann lub 10 odciągaczek. Miałem dużą wprawę. Trzeba było się narobić, to fakt, ale się robiło. Odbiorców, jak wspomniałem, było dużo. Nie mogliśmy nastarczyć robić. I w sklepie sprzedawało się dużo.

A sekwestratorzy nie dają nam spokoju. Nic w domu nie można mieć, ani żadnych gratów, ani ubrania. Do wszystkiego się dobierają. Tylko łóżka nie biorą, bo to im nie wolno. Dla przykładu podaję, że szafę na ubrania, to ja trzy razy od urzędu skarbowego odkupywałem. Były też tzw. trójki do kontroli cen. Byli to robotnicy fabryczni, którzy nie mieli żadnego pojęcia o handlu. Ale grali na nerwach, byle czego się czepiali, aby tylko coś napisać. A potem urząd skarbowy już wiedział jaki dać domiar.

Bo tu nie szło o handel. Tu szło o zlikwidowanie handlu i rzemiosła. A urząd skarbowy robił jakie chciał domiary czy przymiary. Dla przykładu podaję: na początku roku robiło się remanent w sklepie. Jechało się do Końskich, do tego urzędu skarbowego. Powiedzmy, że obrót roczny był 100 tysięcy. I tak się podawało z faktycznego obrotu handlu. Urzędnik nic się nie odzywa, tylko pisze 200 tysięcy. Robi się krzyk, że tyle się nie uhandluje, ale on nic, tylko pisze. Gdy wypisał, podaje papier i mówi, że trzeba się starać, aby był taki obrót. A jeżeli nie, to budę trzeba zamknąć. Inny przykład: urzędnik skarbowy przyjeżdża, robi w sklepie remanent i wszystko w porządku. Ale gdzieś w kącie znajduje jakiś rupieć - a to jest remanent kontrolny. No i czepia się tego rupiecia. Cały remanent nieważny - dają domiar. I płacz i płać - nie ma odwołania!

Wyrabiać też już nic nie można. Po pierwsze nie można nabyć towaru, a po drugie nie można dostać zezwolenia na wykonywanie danego rzemiosła. Staje się coraz trudniej cos utrzymać, bo wszędzie czyjeś oczy widzą.

Zdecydowaliśmy sklep zamknąć! Tak domęczyliśmy do końca 1947 roku. Część towaru odsprzedaliśmy, część wyprzedałem na długi do urzędu skarbowego, a buble to jeszcze są do dnia dzisiejszego. Dużo wywiozłem na złom.

Rzemiosło - wspominałem, też już nie szło. Nie było, gdzie kupić blachy (bo najwięcej się trudniłem blacharstwem), ani nie było gdzie kupić szkła okiennego. Już urząd skarbowy roztoczył nad wszystkim opiekę. Bo też tym się zajmowałem, tzn. szkleniem okien.

O innej pracy nie było mowy, bo w Przedborzu żadnych fabryk, ani żadnych warsztatów nie było. I rób człowieku co chcesz! Utrapienie bez przerwy, stale myśl co będzie jutro. A tu przybyła nam jeszcze jedna pociecha - córka Janka. Jest nas już więcej.

I cóż, my z żoną? - wrogi ludu. Dzieci maleńkie, jeszcze do szkoły niezdolne, jeść, ubrać, opalić mieszkanie trzeba. Byłem zdrowy, to różne dorywcze roboty się brało i na to życie się zarobiło. W przędzalni dali mi zezwolenie na skup surowca wełny, aby dostarczać do przędzalni. Jeździłem po różnych miastach za skupem surowca. Ale to nie było stałe. I nie można było liczyć, że jest utrzymanie.

  

Fot. 14. Upoważnienie o możliwości skupowania wełny przez Ignacego Bobras wydane w 1950 r.

  

I stał się wypadek w tej przędzalni. Szła budowa - nie tak budowa, jak przebudowa. Zabił się kierownik przędzalni, spadając z rusztowania głową w dół...

...Dla mnie to była tragedia, bo ten kierownik, nazwiskiem Drela, dużo mi pomagał. Dawał mi z kasy przędzalni pieniądze do skupu i miałem od niego duże poparcie. Dostarczałem na budowę żwir z Nosalewic. Zawsze dał mi zarobić. Po śmierci Dreli, mniej wyjeżdżałem za skupem.

Przędzalnia miała sklep, w którym sprzedawali: dywany, zapaski, włóczkę, szaliki itp. Odchodziła ekspedientka z tego sklepu, to przy poparciu Borkiewicza i Tedy zostałem przyjęty na miejsce tej kobiety. Natychmiast, jak się dowiedział Stanikowski - też w przędzalni pracował i był przewodniczącym POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej) - wezwał przewodniczącego Miejskiej Rady, Józefa Słoniewskiego i mnie wysiudali. Nazwy dali mi różne, od różnych reakcjonistów czarnych itp., że to AK i diabli wiedzą co.

Nadal się męcz i szukaj co się da. Nadal wykonuje różne roboty u ludzi. To czepiam się wełny - na lewo i prawo - swetrów i co można.

Rodzi się czwarte dziecko - Marianek. Jeszcze więcej potrzeb. A tu trudno zarobić, i co się robi to jakby kradł. Przecież mi się ta praca należy legalna. Przecież władza ludowa dała mi Krzyż Partyzancki. Przecież nie byłem żadnym ziemianinem, żadnym fabrykantem, ani wielkim czy małym urzędnikiem. Za sanacji tak samo cierpiałem nędzę i różne przeciwności losu - jak mój ojciec, czy brat i siostra. Że brat starszy Jan i dwie siostry były we Francji, to jest przestępstwo? Przecież oni nie pojechali tam z rozkoszy, tylko z głodu do tejże Francji pojechali. A tu dla mnie nie ma pracy! Czy to nie głupcy bezduszni, czy to miało jakiś sens życiowy. Tego nigdy nie mogłem sobie wyobrazić! Przecież nie robiłem żadnych przeszkód w zebraniach partyjnych, czy jakichś obchodach ludowych. Tego nigdy nie robiłem, ani o tym nie myślałem. A przecież bezpartyjnym też wolno żyć!

Wymyślili, na czele z Jarugą - Szkołę Metalową, ale nie mieli do tej szkoły nauczycieli. Namówiłem Janka Smoka, bo on na ślusarstwie się znał, bo on się uczył przed wojną w Warszawie. Ja też próbowałem, ale miałem tych samych przeciwników co i w przędzalni. Mówili, żeby mnie nie przyjmowali, bo to szkoła, że będę udzielał różne zarazy.

Ale przyjęli mnie na zwykłego ślusarza. Znałem się na ślusarstwie, choć byłem samoukiem. Pracowałem tam półtora roku, ku zadowoleniu uczniów i przełożonych. Było tam uczniów i uczennic więcej jak 40. Nikogo swoją czarną reakcją nie zaraziłem tak, jak ci głupcy małoduszni myśleli i wymyślali. 

Za okupacji to ich nikt nie widział, bo się wszystkiego i wszystkich bali. Dopiero rok po wyzwoleniu, stali się bohaterami. Takich bohaterów to mamy dużo. Poszli do partii nie dla celów ojczyźnianych, a osobistych. Poprzywdziewali płaszcze partyjne, a czemu innemu służyli i służą.

Wracając do szkoły zawodowej - to były lata młode, po wyzwoleniu. Byli przyjmowani chłopcy i dziewczęta po ukończeniu 7-miu oddziałów. Dziewcząt było dosyć spory procent. Te dziewczyny z pierwszych lat tej szkoły - nic nie skorzystały. Szkoła była na niskim poziomie nauczania. Nie było maszyn, materiałów, jakie były potrzebne. Przetrwała cztery lata. Na koniec roku szkolnego w 1954 roku rozwiązana.

Ja znów bez pracy. Zacząłem znów robić różne, drobne roboty. Wziąłem się za krycie dachów. Kryłem dachy u Kularskiego, u Wyciszkiewicza, u Binkowskiego, u Maja. Zakładałem rynny w Domu Towarowym spółdzielni. Zawarłem spółkę z Rudeckim, na roboty stolarsko - ciesielskie. W szopie po drewnie u Jaźwieca. Rudecki miał kartę rzemieślniczą - to stało na niego. Na początek wyrówniarkę do drzewa pożyczyłem od Dobrzańskiego. Podstawę do piły okrągłej zrobiłem sam. Kupiłem wałek do wyrówniarki w Końskich od heblarki i dorobiłem podstawę drewnianą. Kupiłem dobry motor. Robota na tych dwóch maszynach szła dobrze.

Zrobiliśmy wszystkie otwory w domu u Chmielewskiego, u Nowickiej, w Spółdzielni do Domu Towarowego (tam, gdzie wcześniej mieszkałem). Spółdzielnia to przejęła, bo tam się waliło. Robiliśmy też różne drobne roboty. Ja wszystkie rachunki prowadziłem i całą dokumentację robót i zarobków i kupno drewna. Nie podobało mi się jednak to, że za drogo Jaźwiec brał lokatorne od tej szopy, a po drugie Rudecki do takiej roboty organizacyjnej nie nadawał się...

Jak wspomniałem, z ul. Warszawskiej, przeprowadziliśmy się w Rynek. Tu, w Rynku dostaliśmy mieszkanie zastępcze - kuchnia ciemna i pokój duży, słoneczny. Poza tym nie ma nic, ani komórki, ani piwnicy. Musimy komórki utrzymywać na starym placu. To jest wielka niewygoda, bo trzeba wszystko daleko nosić. Ale cóż, innego wyjścia nie mamy. Dzieci dużo na ciemnej (ślepej) izbie tracą, ponieważ muszą się uczyć przy świetle elektrycznym.

W domu ubogo, musimy z żoną kombinować, aby dorobić, bo dzieci już jest pięcioro i jest matka mojej żony. Do jedzenia jest nas ośmioro. Potrzeby i wydatki są coraz większe. Stale trzeba żyć w nerwach, bo stale nie ma.

Nareszcie pod koniec lipca 1955 roku wzywają mnie do Gminnej Spółdzielni i oferują mi pracę magazyniera zbożowego. Rad nie rad zgodziłem się przyjąć tę pracę. 27 lipca podpisuje umowę i jadę do Końskich na przeszkolenie, bo prawdę powiedzieć, to się na tej pracy nie znałem. I tej pracy się bałem!

  


  

Fot. 15. Pisma o powierzeniu stanowiska magazyniera i wynagrodzeniu dla Ignacego Bobras.

  

Ignacy Bobras jako magazynier zbożowy pracował do roku 1967, potem był na rencie chorobowej. Ataki astmy tak bardzo go wyniszczyły, że ostatnie lata życia przebywał w łóżku. Wtedy pisał swoje wspomnienia. Zmarł w 1971 r. w domu. Mimo wszystko nagle i niespodziewanie. Na katolickim pogrzebie byli przedstawiciele Związku Bojowników o Wolności i Demokrację - ze sztandarami i medalami.

  

Fot. 16. Zdjęcia z pogrzebu Ignacego Bobras. Na pierwszym zdjęciu w środku Józef Nowak ps. KOMAR, po lewej - brat zmarłego Józef ps. RAMA.

    

Przedstawiłem fragmenty życiorysu skromnego człowieka, jakże bohaterskiego i heroicznie zmagającego się z trudami życia. Obok niego stała zawsze żona Stanisława, pracowita i szlachetna. W czasach okupacji brała także udział w walce z okupantem, (ps. SARNA) m.in. była gońcem bojowym plutonu nr 61 – „Wydra”.

  

Fot. 17. Legitymacje Stanisławy Bobras o przynależności do Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

  

Na koniec warto wspomnieć o braciach, teściu i szwagrze Ignacego Bobras.

Józef, najmłodszy z rodzeństwa, przystąpił do konspiracji równocześnie z Ignacym. W szeregach AK, przede wszystkim, pracował jako łącznik, ps. RAMA.

  

Fot. 18. Awers i rewers Legitymacji Krzyża Armii Krajowej Józefa Bobras, (widać ps. „Ranna” - powinno być „Rama”).

  

Fot. 19. Legitymacje Józefa Bobras o nadaniu Medalu Zwycięstwa i Wolności oraz odznaczenia Krzyża Partyzanckiego.

  

Jan najstarszy z sześciorga rodzeństwa. W 1929 r. wyjechał do Francji „za chlebem”, gdzie żył w Chereng 50 lat. Miał zamiar wrócić do Polski, spłacił ojcowiznę rodzeństwu, ale wybuch II wojny światowej pokrzyżował mu plany. Walczył w Normandii. Po wojnie bał się wrócić do Ojczyzny.

  

    

  

  

  

  

Tomasz Smok (1888-1944) – teść Ignacego, gajowy z Tarasu, za współpracę z partyzantami, został rozstrzelany 22.08.1944 r., godzinie 5 rano, na Majowej Górze, w obawie o represje Niemców na rodzinie, nie chciał, aby go z aresztu odbijano, nie chciał uciekać.

  

  

  

    

  

  

  

Fot. 20. Tomasz Smok – teść Ignacego.

  

  

Upamiętniono zbrodniczą śmierć Tomasza, tablicą pamiątkową w miejscu kaźni w Przedborzu i w Spale wśród poległych leśników.
  

Fot. 21. Tablica pamiątkowa na Majowej Górze.

    

Władysław Smok (1913-1995) - syn Tomasza, pseudonim „WAWEL”, żołnierz Armii Krajowej. Brał udział w odbiciu (7/8 VIII 1943 r.) z więzienia w Radomsku ludzi, przygotowanych do wywiezienia do obozów koncentracyjnych lub skazanych na śmierć. Za działalność konspiracyjną więziony przez Urząd Bezpieczeństwa w Końskich. Odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności oraz Krzyżem Partyzanckim.
  

Fot. 22. Legitymacja Władysława Smoka.

    

W tym tak „szybkim życiu” należy czasami spojrzeć w przeszłość, pomyśleć, jakimi wartościami kierowali się w swoim postępowaniu inni, co dla nich było istotne. Czas mija szybko, mamy obowiązek „ocalić od zapomnienia” to co ważne. Mając to na uwadze pozwoliłem sobie na powyższe opracowanie. Dziękuję Panu Wojciechowi Zawadzkiemu za cenne uwagi, dzięki którym ta praca stała się lepsza.

    

Podstawą tej publikacji są wspomnienia Ignacego Bobras, korzystałem także z przekazów ustnych i dokumentów jego rodziny oraz książki Bogumiła Kacperskiego, Jana Zbigniewa Wroniszewskiego:

„Końskie i powiat konecki 1939 - 1945”, części V „Konspiracja konecka 1939 – 1945. Struktury terenowe: podobwody i placówki”. ARSLIBRIS - Wydawnictwo Biblioteki Publicznej w Końskich.

Dokumenty udostępnili:
• Wspomnienia - wnuk Ignacego - Tomasz Bobras - syna Andrzeja;
• 1, 6, 16, 20 - Joanna Baczyńska, córka Ignacego;
• 3, 4, 5, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 17 - Andrzej Bobras, syn Ignacego;
• 18,19 - Elżbieta Gulej, córka Józefa Bobras;
• 22 - Bożenna Błotnicka, córka Władysława Smoka;
• 21 - zdjęcie moje.

Wiesław Domagała

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Pierwszy portal o Przedborzu  
Design by Studio Ormański