Start arrow Historia arrow Wyzwolenie Przedborza we wspomnieniach mieszkańców

Wyzwolenie Przedborza we wspomnieniach mieszkańców PDF Drukuj Email
19.01.2015.
Styczeń 1945 roku był ważnym okresem w życiu mieszkańców regionu piotrkowskiego. Wojska sowieckie wyzwalały kolejne miasta i wioski spod okupacji niemieckiej. Po niemal sześciu latach dobiegała końca okrutna wojna. 16 stycznia wyzwolone zostało Radomsko, a 17 stycznia po zaciętych walkach oddziały I Frontu Ukraińskiego zdobyły Przedbórz. Dzień później wolność odzyskał Piotrków Trybunalski. Także 16 stycznia wyzwolone zostały Końskie. W styczniu tego roku minęło dokładnie 70 lat od tych wydarzeń.

Przedbórz bardzo ucierpiał w czasie II wojny światowej, miasto zostało zniszczone w 60%, ucierpiała także ludność, której ponad połowa (we wrześniu 1939 roku Przedbórz liczył ok. 7800 mieszkańców), głównie ta pochodzenia żydowskiego, została wymordowana.

  

  

O samych walkach 17 stycznia 1945 w Przedborzu wiemy niewiele, zachowały się natomiast wspomnienia niektórych mieszkańców, spisane po wojnie.

  

Artykuł nie jest pracą naukową, ani do takiej nie pretenduje, jest to jedynie zestawienie wspomnień kilku osób, świadków tamtych wydarzeń, zacytowanych dosłownie, bez ingerencji w ich treść. Nie ponosimy odpowiedzialności za rzetelność i prawdziwość treści publikowanych wspomnień. Ocenę pozostawiamy Czytelnikowi. Gdyby ktoś z Czytelników chciał dokonać opracowania poniższych tekstów, bądź napisać artykuł historyczny nt. wyzwolenia Przedborza (bądź też na inny temat), chętnie opublikujemy materiał. W tej sprawie prosimy o kontakt.

  

Autorem jednych z nich jest Wacław Gnoiński (1902-1997) (oryginał znajduje się we wrocławskim Ossolineum, kopię udostępnił Paweł Zięba). Tak Gnoiński opisuje wydarzenia ze stycznia 1945 roku:

  

Nadszedł wreszcie czas i nieubłagana dla Niemców godzina, że zachwiała się ich potęga i pisaliśmy na murach zamiast „Sieg am allen Fronten” – „Liege am allen Fronten”. Latem 1944 roku Niemcy rozpoczęli kopanie rowów przeciwczołgowych wokół miasta i zakładanie min, a ponieważ dom nasz był już za miastem, więc tu było największe unerwienie przewodów doprowadzających do min, a także i ładunków trotylu na szosie i bocznych drogach. Dom nasz był zagrożony, więc mieliśmy ułożony plan, że jak pokażą znaki na ziemi i na niebie, że niebawem mogą wkroczyć do miasta wojska radzieckie, musimy dom opuścić i wyprowadzić się na wieś. Zrobiliśmy to daleko wcześniej, zamieszkaliśmy we wsi Policzko, oddalon4 od miasta około 4 km, a do mieszkania dochodziliśmy od czasu do czasu. Nawet złodzieje w tym okresie byli sparaliżowani, nikt nic nie kradł, gdyż nie wiedział, co zrobić ze swoim dobytkiem i czy wyniesie z tego własną głowę. Piąte z kolei Święta Bożego Narodzenia, w czasie których w gronie najbliższych osób składaliśmy sobie życzenia: „Aby następnie święta w Wolnej Polsce” – minęły bez specjalnych niespodzianek, jakby ich w ogóle nie było, lecz nie to było najważniejsze. Z każdym dniem zbawczy pomruk dział i bomb był donośniejszy i lepiej słyszalny.

Pokaźna ilość rodzin z tej dzielnicy, która była najbardziej zagrożona ze względu na rowy przeciwczołgowe, ziemianki, okopy, zaminowane przekopy i całe pola minowe przy szosie wlotowej do miasta, a wśród nich i my praktycznie w mieście nie mieszkaliśmy, lecz we wsi, jak już wspomniałem. Tam też nie mieliśmy spokoju, zmuszeni byliśmy być się w piwnicach, stodołach, bo chodzili zdrajcy Własowcy i zabierali zdolnych do pracy przy kopaniu rowów, schronów, itp. My zaś nie chcieliśmy się rozłączyć i przeżyć wspólnie z całą rodziną radosny moment wyzwolenia, które było już tak blisko, że widać go było nie uzbrojonym okiem. Każdy z nas był zdania, że byłoby największą głupotą po przeżyciu pięciu koszmarnych lat wojny zginąć w ostatniej chwili, gdy wolność była za progiem domu. Upłynęło jeszcze parę dni styczniowych roku 1945 i nastała grobowa cisza, jaka bywa przed mającą nadejść burzą. Postanowiliśmy przyjść ze wsi do mieszkania i zabrać co tylko jest możliwe i wynieść, gdyż liczyliśmy się z tym, że dom spłonie od tej masy trotylu, jaka w odległości około 100 metrów została zakopana pod mostkiem. Wykorzystaliśmy dosłownie ostatni moment, bowiem przyszliśmy przed wieczorem, a następnego dnia rano toczył się bój o Przedbórz. Wchodziliśmy do miasta jak do fortecy. Niemcy siedzieli w ziemiankach, krążyły tylko patrole, lecz nie bronili nam wynoszenia dobytku i nic ich nie obchodziło, gdyż im też łydki się trzęsły na odgłos „katiusz”, które słychać było z odległości około 10 km. Wyszedłem po spakowaniu najważniejszych rzeczy na ulicę, by zobaczyć, kto jeszcze został z sąsiadów, ale były tylko pojedyncze osoby, które podobnie, jak my przyszły po swoje rzeczy, od których dowiedziałem się, że gestapo zwinęło swoją placówkę i nie ma ich już w mieście, a więc wyniosły się szczuty z tonącego okrętu. W tym momencie wjeżdżał do miasta oddział kilkunastu oficerów i podoficerów na koniach. Jeden z nich zatrzymał konia i poprosił mnie o ogień do zapalania papierosa. Zapaliłem zapałkę i podałem mu, podziękował i kiedy ruszył ze swoimi powiedział „Iwan komm”. Miałem mu odpowiedzieć, że się z tego bardzo cieszę, ale zaniechałem tego zamiaru w obawie, że może znać język polski. Obarczeni tłumokami dobrnęliśmy do wsi Policzko już wieczorem, spotykając po drodze patrole niemieckie, ale te nie zaczepiały nas. Weszliśmy do piwnicy gospodarza wraz z miękkimi tobołami, by się nieco rozprostować, gdzie było już kilkanaście osób, jako że piwnica znajdowała się na wolnej przestrzeni, była sklepiona i dawała pewne zabezpieczenie przed kulami lekkiego kalibru, a strzały słychać było już z bliskiej odległości, najwyżej paru kilometrów. O wschodzie słońca, a było to, jeżeli sobie dobrze przypominam, 17 stycznia 1945 roku, zbudził nas z drzemki potężny szczęk i hałas pracy silników mechanicznych, lecz jeszcze nie byliśmy zorientowani czyich i jakiego gatunku, mogli to być jeszcze Niemcy, więc należało się lepiej nie pokazywać. Ciekawość przemogła i parę osób płci męskiej chyłkiem wyszło z piwnicy śledząc z poza budynków, co też może znajdować się na wąskiej ulicy, bo wjechały i stanęły pod osłoną zagajnika położonego po drugiej stronie wiejskiej ulicy, bowiem wieś ciągnęła się wzdłuż lasku – zagajnika. Gdy już jasność ranku przemogła ciemności nocy, oczom naszym ukazały się cielska czołgów z gwiazdami i katiusz, a na nich drzemiących żołnierzy sowieckich. Zapanowała nieopisana radość pomieszana ze strachem, gdyż w drugim końcu wsi byli Niemcy, a wiadomo, jak się spotka Iwan z Frycem, to się całować nie będą. Mimo wszystkich nie sprzyjających okoliczności wyszliśmy na ulicę, by przywitać wybawców z niewoli babilońskiej. Na nasze powitanie uśmiechnęli się i poprosili o bezwzględną ciszę, a gdy oznajmiliśmy im, że w drugim końcu wsi są Niemcy, kiwali głowami, że wiedzą już o tym. Nie wiem już dokładnie, skąd wśród nas znalazła się nasza lornetka, która ostatnie lata wojny spędziła w naszym domu pani Kalbarczyk. Kto ona była, skąd przyszła nikt nie wiedział i nie chciał wiedzieć, domyślaliśmy się tylko, a nawet byliśmy pewni, że była ona Żydówką i że nazwisko Kalbarczyk przybrała sobie, bo na takie nazwisko zdobyła kenkartę, dowody osobiste wydawane przez okupanta. Trzeba przyznać, że rolę aryjki i katoliczki grała bez zarzutu, a pomocą w tym było to, iż władała językiem polskim poprawnie i bez akcentu, chodziła do kościoła i ostentacyjnie odmawiała głośno pacierze i modlitwy, których wyuczyła się na pamięć, więc nikt z otoczenia nie znal jej pochodzenia, a nam jej ukrywanie się nie przeszkadzało. Znała dobrze język niemiecki, o czym przekonaliśmy się dopiero tam właśnie w Policzku, kiedy przyprowadzono do oficera radzieckiego, niemieckiego lotnika z zestrzelonego samolotu na przesłuchanie, a ona samorzutnie zgłosiła się na tłumaczkę. Krótko trwało nasze z radzieckimi żołnierzami spotkanie, bo czołgi po chwili ruszyły na zachód w stronę miasta, a „organy Stalina” rozpoczęły swój koncert. Detonacje i świst lecących na miasto pocisków były tak przerażające, że najodważniejsi zatykali sobie uszy i tłoczyli się, gdzie kto mógł do pomieszczeń, piwnic, byleby się odizolować od tego piekielnego świstu. Przebrzmiały salwy i po godzinie czasu całe zgrupowanie ruszyło do przodu, na jakieś 2 km od miasta zatrzymało się i znów rozpoczęła się kanonada ze wszelkiego rodzaju broni ręcznej i maszynowej, a Niemcy też nie próżnowali, lecz pociski do nas nie dolatywały. Od czasu do czasu słyszeliśmy potężne detonacje. To wybuchały ładunki trotylu umieszczone pod mostkami na rowach przeciwczołgowych, co miało przeszkodzić wojskom radzieckim w zwycięskim pochodzie w pogoni za Niemcami. Próżny trud i sześciomiesięczna praca setek ludności cywilnej i saperów wroga. Żaden czołg nie pojechał w tym kierunku, lecz ominąwszy umocnienia, radziecka zmotoryzowana kolumna zajechała Niemców od tyłu, w miejscu, gdzie ich się najmniej spodziewano, przez zaminowane pole. Wprawdzie pierwszy czołg utknął na minie na skutek uszkodzenia gąsienicy, ale minerzy podążający za nim szybko rozminowali wąskie przejście i tym szlakiem podążyło całe zgrupowanie następnych czołgów wraz z piechotą do śródmieścia. Wtedy dopiero rozpoczął się bój zażarty na wszystkie rodzaje broni, który trwał od rana do południa i nagle wszystko ucichło. Ja z synem Ryszardem udaliśmy się w stronę miasta, by zobaczyć, co się dzieje i dostać się ewentualnie do domu, jeżeli ten w ogóle istnieje.

  

  

Zbliżyliśmy się zagajnikiem do szlaku, po którym posuwały się radzieckie pojazdy i dotarliśmy na taką odległość, że można było gołym okiem zobaczyć zabudowania przy ulicy Kieleckiej i o dziwo – wszystkie domy stały i nasz też. Biegliśmy, jak na skrzydłach, byleby jak najszybciej znaleźć się w domu. Po kilkunastu minutach znalazłem się w ogrodzie, a oczom moim przedstawił się widok straszny: ziemia zryta pociskami, drzewa pościnane, okaleczone, doły, w oknach nie ocalała żadna szyba, ale dach nad głową ocalał, to najważniejsze, gdyż był to styczeń. Byłem przewidujący i dubeltowe ramy okienne pozdejmowałem oraz umieściłem je w piwnicy i tam ocalały, więc będzie można przezimować o pojedynczych oknach. Mieszkania odchodząc na wieś celowo nie zamykaliśmy, bo liczyłem się z tym, że jak będą drzwi pozamykane, to żołnierze nie tylko zamki uszkodzą, ale i drzwi połupią. Teraz więc mogłem drzwi pozamykać i wyjść na miasto, by ocenić zniszczenia, a Ryszard poszedł tam wprost, jak tylko zobaczył, że dom stoi. Wieża kościelna rozbita, kilka domów w śródmieściu podziurawionych pociskami, przy ul. Kościelnej czołg radziecki spalony, a w nim zwęglone szczątki załogi, ulice zasłane trupami jednych i drugich wojsk, dopalają się domy, lecz oprócz radzieckiej służby drogowej, żadnych żołnierzy nie ma, tylko z odległości kilku kilometrów z zachodu dochodzą odgłosy strzelaniny. Nastąpiło odprężenie nerwów i uczucie zmęczenia, wyczerpania, ale wreszcie jesteśmy wolni, nie ma żandarmów, nie ma gestapo, a więc będzie można spać we własnym domu po łatach strachu i udręki. Na drugi dzień poszliśmy z Ryszardem do Policzka po resztę rodziny i nasz majątek w tobołkach, by rozpocząć nowe życie od początku. Pierwszą czynnością było wyniesienie z piwnicy ocalałych ram okiennych i zabezpieczenie się przed zimnem. Drugą czynnością było usuwanie z pobojowiska śmiercionośnego sprzętu wojennego, jak granatów, kostek trotylu, wszelkiej broni palnej i zdobywanie drzewa na opał z ziemianek. Oprócz kilkudziesięciu kilogramów ziemniaków w piwnicy nic więcej nadającego się do zjedzenia nie było, gdyż nawet króliki angory pozostawione w klatkach, gdzieś się rozbiegły w poszukiwaniu za pożywieniem. W ocalałych sklepach również nic nie było do konsumpcji, więc jedynym źródłem zaopatrzenia się w żywność była wieś, gdzie można było kupić mleko, jaja i trochę mąki, a czasem za grube pieniądze „rąbankę "(mięso z zabitej świni wraz ze słoniną). Miasto na drugi dzień zaroiło się podciągającymi oddziałami wojska radzieckiego, jak: tabory z amunicją, kuchnie polowe, konne powózki z żywnością, paliwo do pojazdów zmechanizowanych, ambulansy i władze administracyjne – NKWD i inne. W naszym mieszkaniu zakwaterowało się kilku żołnierzy z oficerem i przy okazji piliśmy pierwszy raz od minionych lat oryginalną herbatę, którą nas poczęstowali. Znalazło się kilkunastu jeńców z Wehrmachtu, których radzieccy żołnierze powyciągali z ziemianek, prawdopodobnie mieli już dość wojaczki i rozmyślnie nie wychodzili z ukrycia w czasie wycofywania się ich armii, woleli niewolę, niż dalszą bezskuteczną obronę. Tak przynajmniej sami zeznawali. Przydali się do zbierania poległych swoich braci i gromadzenia ich na cmentarzu przy kościele. W trzecim dniu w mroźny styczniowy ranek, przechodząc obok kościoła widziałem pokaźny stos niemieckich poległych żołnierzy, bo swoich władze radzieckie z miejsca zabrały, ale nie było ich dużo, zaledwie kilku. Trudno jakoś było nam się oswoić z faktem, że wreszcie minął koszmar okupacji, że nie widzimy już oprawców w błękitnych mundurach, że nie słyszymy tej gardłowej mowy i szyderczych spojrzeń żandarmów i gestapowców nadętych na rozkraczonych nogach. Teraz dopiero mogłem się przyznać do tego, że przed kilkoma miesiącami dla poskromienia noszących się wszechwładnie „ Volksdeutschów” w mieście (...).

  

  

Kolejne wspomnienia, które publikujemy, spisał Józef Kamiński (1918-1991), a znalazły się kilka lat temu na łamach „Gazety Radomszczańskiej”. Poniżej fragmenty wspomnień Kamińskiego (materiał udostępnił Łukasz Czuryłło):

  

Styczeń był nie tak mroźny, około 10 stopni. Z 16 na 17 stycznia mieszkałem wtedy przy ul. Pocztowej 8. Wieczorem przyszedł do mnie kolega Kierkuś Jurek. Mówi: „Boję się sam zostać u siebie", ponieważ Niemcy wycofali się, a dom jego stał przy samym moście tak, że Niemcy wysadzając most, mogli uszkodzić także jego dom. Przez całą noc obserwowaliśmy latające pociski świetlne na kierunku Wojciechów-Policzko. Poprzedniego dnia byłem we wsi Smyków i widziałem uciekających Niemców, którzy pojechali brać ludzi do kopania okopów, ale pod wsią Stanowiska zostali ostrzelani przez jednostki radzieckie z cmentarza i dlatego tak wiali pieszo i na podwodach. Widać po nich było, jaki mieli strach. Chłopi z podwód mówili, że Ruscy są już w Dobromierzu. Całą noc, tj. do godz. 12-tej Niemcy wycofywali się na Przedbórz ulicą Kielecką. Jechały trzy kolumny. Czołgi, pojazdy, samochody, piesi – był taki tłok, że musieli czekać. Obserwowaliśmy ich, byli zdenerwowani i tylko krzyczeli „sznel, sznel, raus”. A my cieszyliśmy się, że ten „raus, sznel” to kierunek na zachód, a nie – jak parę lat wstecz – na wschód. Po przejściu wojska nastała cisza, wyjrzeliśmy z bramy i zobaczyliśmy obserwatora niemieckiego, który wychodził z kościoła. Był ubrany w kożuch z lornetką i karabinek i poszedł w dół na Rynek. Poszliśmy znajomymi przejściami, zobaczyliśmy, gdzie on poszedł. Przeszedł Rynek i skierował się na most. Wtedy wyszliśmy na ulicę koło kościoła, ale ja w ruinach zauważyłem dwie głowy w czapkach czołgistów, byli to żołnierze radzieccy. Zauważyli nas, doszli, pytają: – „Kto wy?” My mówimy: – „Polacy”. Pytają: – „Kuda Germańscy?” My im mówimy, żeby byli ostrożni, bo może gdzieś są w domach. – „No, my tych Fryców ubijem”. Doszło jeszcze kilku. Z nimi dowódca, zwiadowca, lejtnant. Po zapoznaniu się zaprosiłem dowódcę na śniadanie. Wypił herbatę, zjadł i prosił tylko, żeby żołnierzom na warcie nie dawać wódki. Wyszliśmy na ulicę. Z Kościelnej zjeżdżał czołg. Zauważyli go Niemcy, którzy mieli stanowiska artyleryjskie na Majowej Górze. Zaczęli strzelać i trafili w czołg. Jeden z załogi został zabity, drugi ranny. Rannego zabrali do szpitala, a zabitego na prośbę dowódcy pochowaliśmy przy wejściu na cmentarz kościelny. Potem strzały ucichły, my poszliśmy w stronę domu. Za jakieś pół godziny Niemcy poczęli ponownie strzelać z armat. Pochowaliśmy się, gdzie kto mógł, bo pociski przelatywały nad nami i padały od 50 do 100 metrów, tam gdzie stały działa niemieckie opuszczone przez załogę. Potem trochę przestali strzelać. Natomiast z ulicy odezwały się strzały artyleryjskie. Było nas już kilku, między innymi Piątkowski, który umiał po rosyjsku. Wyglądamy z bramy, a tu czołg ustawiony niedaleko kościoła ostrzeliwuje wieżę. Szkoda nam było zabytkowego kościoła, więc ja mówię: „Przecież znam tego dowódcę, chodźmy zapytać, dlaczego strzelają do kościoła" i poszliśmy: ja, pan Komar Franciszek, p. Piątkowski, tłumacz, kolega Kierkuś. Po przyjściu do czołgu pytamy lejtnanta, dlaczego strzelają do kościoła, a on powiedział, że na wieży musi być obserwator Niemiec i dlatego Niemcy wznowili ogień. Więc ja mówię, ze z kolegą Jurkiem widzieliśmy, jak obserwator nad ranem zszedł i poszedł na most za Pilicę. Trochę nam nie wierzył, ale ja mówię, że jak nie wierzy, to chodźmy sprawdzić do kościoła. Popatrzył na nas i mówi: „charaszo”. Wziął 4 żołnierzy i poszliśmy do kościoła. W kruchcie żołnierze dla odwagi ostrzelali ściany i weszliśmy na chór i wyżej, aż do dzwonów. Nie było nikogo. Wtedy wprowadziłem lejtnanta na galeryjkę, ponieważ dobrze wiedziałem, gdzie są zamaskowane działa niemieckie na Majowej Górze. Pokazałem mu gdzie, na którym pagórku. P. Piątkowski mu tłumaczył. Lejtnant poklepał mnie po plecach i znów: „charaszo mołodiec”. Zeszliśmy na dół i poszli do czołgów. Wziął jeszcze drugi czołg i pojechaliśmy na ulicę Pocztową na tzw. „Winnicę”. Tam szybko postawił jeden czołg, a drugi niżej przy domu p. Wolskiej i otworzyli ogień. Po kilku strzałach na stanowiskach artylerii niemieckiej nastąpił wybuch. Lejtnant podskoczył uradowany i mówi: – „Charaszo mołodiec! Popal!” To znaczy, że trafili. Potem pokazałem mu przeprawę przez rzekę od Koneckiej za parkiem i czołgi pojechały na zwiad. Teraz myślę, że nasza stanowcza postawa i obserwacja Niemców [a potem poinformowanie] wojska radzieckiego uratowały zabytkowy kościół w Przedborzu.

  

 

  

Ignacy Bobras (1908-1971) tak opisał wyzwolenie Przedborza (wspomnienia spisał i opracował Wiesław Domagała, całość znajduje się TUTAJ):

  

Jest dzień 17 stycznia 1945 roku. Byłem w tym czasie na gajówce na Tarasie. O świtaniu, nad Przedborzem ukazał się wielki błysk i były duże wybuchy. W pierwszym słyszeniu nie wiedzieliśmy co to może być. A tu jak się w niedługim czasie okazało, to były wybuchy z katiuszy. Wybuchy wysadzanych mostków na rowach przeciwczołgowych. Tych mostków było kilka: dwa koło Lembkiego, dwa na ul. Kieleckiej i dwa na ul. Włoszczowskiej. Te mostki wysadzili minami Niemcy, bo w tym dniu nadeszła Armia Radziecka. Całkiem niespodziewanie - po sforsowaniu Wisły k/Sandomierza. Armia Radziecka szła jak lawina. Strzelanina wytworzyła się koło Przedborza, od strony Włoszczowy. Niemcy też się ostrzeliwali, ale to było sporadyczne strzelanie. Raz, że w przygotowanych okopach było mało Niemców, ale też byli całkowicie zaskoczeni. Wiele też się nie bronili, tylko rejterowali za Pilicę, na zachód.

Główny most na Pilicy też Niemcy zdążyli wysadzić w powietrze. W godzinach popołudniowych już Ruscy maszerowali przez Taras. Widząc co jest, wybrałem się z Tarasu na Budy Nosalewickie, do żony. Żona mieszkała wtedy u Cygana, z Irką i Andrzejem. Obawiałem się, że coś może się stać z żoną. W drodze z Tarasu na Budy pierwszy raz spotkałem się z maszerującym oddziałem. Na pierwsze powitanie ledwo się wymigałem, bo już mnie chcieli strzelać, jako szpiega niemieckiego. Ale jakoś uszło. Ubranie miałem niewyśmienite, bo nie było w co się ubrać.

Żona w nocy też nie miała dużego spokoju od Armii Czerwonej. A że było więcej ludzi z Przedborza, a w ową noc nocowali też tam Jeżewscy i udało się żonie. Dali jej spokój. Żona przecież była młoda, miała 24 lata, a oni byli łakomi na kobiety. Dodatkowo obłożyła się Irką i Andrzejem i tak uszło. Ci co w nocy przyszli, oddalili się na zachód i już na razie był spokój.

Pierwsze moje wrażenie było zaskakujące, bo nie spodziewałem się po nich takiego obejścia i nieporządku jaki po sobie zostawili. Wszystko to szło od Włoszczowy, wszystkimi dającymi się przejechać drogami. Nie jechali jeszcze od Końskich, ponieważ za Końskimi, koło Opoczna została okrążona armia niemiecka, tak że ją stopniowo wykończali.

Gdy pierwsze zwarte sowiety przeszli, zacząłem zaglądać do Przedborza. Mówię sobie, już co swoje zrobiłem - trzeba się brać do pracy. Co młodszych zaczęto werbować do milicji, do wojska, a reszta - trzeba się brać samorzutnie do pracy. Zniszczone było dużo budynków, chociaż nad Przedborzem nie było działań wojennych. Ale ruscy nie zważali z ogniem, byli zżyci z ogniem. Gdzie się dało, to zostawiali popioły. Nawet nie miał  kto ratować. Dużo dobrych domów było wypalone, chociaż ich dużo nie było. W 1939 roku zostało bardzo dużo spalone przez Niemców. Tak, że za Niemców i obecnie - 55% zostało wypalone - przez obie armie. W urzędach, sklepach - nic nie oszczędzone, zmieszane dokumenty. W mieszkaniach zniszczone meble, pościel, ubranie. Nie spodziewałem się, że oni są tacy głodni i łakomi. A co z kulturą, to pożal się Boże! Najwięcej to ich interesował bimber i kobiety. Co przeszli, to zostawało jakby przeszedł cyklon. Jeszcze wspomnę, co do higieny i porządku. Od nich nie było można nic wymagać. Gdzie spał, to za swoja potrzebą nie szedł daleko - na progu, w kuchni, w pościel. No, wszyscy tacy nie byli. Byli też kulturalni, ale oni nic nie mogli. Po cichu mówili, że nie chcą się narażać, bo to wojna. A te dzikusy to mało sobie robili ze swoich przełożonych.

Pierwsze oddziały bojowe, to miały wszystko pod dostatkiem: broń wszelkiego rodzaju, dobre wyżywienie, ubranie jak się patrzy. Dostawali spirytus i szli naprzód. Te dalsze oddziały szły coraz gorsze i głodniejsze. W żadnych środkach nie przebierały. Trzeba było trzymać się na uboczu, żeby z nimi mieć jak najmniej styczności.

Gdzie się człowiek ruszył, to spotykał zabitego Niemca. Obrabowanego do naga. Niemców nie było wolno grzebać, tak nago leżeli ponad miesiąc. Prawdę powiedziawszy, to Niemcy zasłużyli na to, choć nie wszyscy. Cóż, wojna i to taka, że najwięcej ginęło niewinnych. Moim zdaniem, dobre to nie było, niedobry miało wpływ moralny.

Broni, amunicji, różnych środków wybuchowych - walało się w bród. Nie miał kto roztoczyć dostatecznej opieki. Żadnych zarządzeń. Dzieci a nawet nierozsądni dorośli strzelali. A wieczorem, strzelanie było, jakby to był front. I śmierć zbierała swoje żniwo, i kalek co niemiara.

  

  

* Nie wszystkie z zamieszczonych zdjęć pochodzą z 1945 roku, mają jedynie obrazować ogrom zniszczeń miasta, dokonanych w wyniku działań wojennych w latach 1939-1945.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Pierwszy portal o Przedborzu  
Design by Studio Ormański